niedziela, 28 grudnia 2008

Mutlu Noeller ve Yeni Yılnız Kutlu Olsun!!!

22-26 grudnia 2008
Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta… ale chyba w Polsce tylko… Bo według moich tureckich znajomych Boże Narodzenie jest 31 grudnia! Sporo czasu zajęło mi tłumaczenie, że to nie tak jak oni myślą.

Na uczelni bez większych rewelacji, może poza tym, że prof. „Next Week” zadał mi pracę domową, a raczej zaliczeniową, na temat „Globalizacja a edukacja” powiedział, że musi być co najmniej na 15 stron, po angielsku… ciekawe kto to będzie czytał? Z łaski swojej pozwolił mi robić amerykańskie przypisy, a kiedy zapytałem skąd wezmę literaturę (bo w bibliotece KKÜ takowej nie ma) powiedział że mogę jechać do Ankary na Uniwersytet. Tak jak on mnie olewał tak ja go teraz olałem…Boş ver!

Nadeszła w końcu środa, na niebie pojawiła się pierwsza gwiazdka, więc to był znak aby zasiąść do Wigilijnego stołu. Helena i Robert przygotowali pyszny barszcz z dodatkiem şalgamu (sic!) oraz rybkę a do niej cebulkę z grzybami, Sławek i Przemek napracowali się przy pierogach, Kasia natomiast zrobiła kutię, ja z racji tego że nie mam kuchni i po trosze z lenistwa poszedłem na łatwiznę i kupiłem owoce. Oprócz tego na stole pojawiło się inne świąteczne danie (ale nie z tych świąt oczywiście).

Innym świątecznym akcentem była przygotowana przez chłopaków choinka, a raczej coś co miało przypominać choinkę :) Ja nazwałbym to „drzewkiem noworocznym” tak jak się to w Turcji nazywa.


Do stołu zasiedliśmy w dość dużym gronie, wraz ze współlokatorami i znajomymi chłopaków. Składanie życzeń, wspólna kolacja, w tle kolędy… polskie święta w Turcji!

Pierwszy dzień świąt, a raczej świąteczny wieczór spędziliśmy przy grzanym winie, w miłej atmosferze rozmowa przeciągnęła się nam aż do późnej nocy…

Drugi dzień, już trochę, ale tylko troszeczkę odbiegliśmy od rodzimej tradycji, mianowicie wybraliśmy się we czwórkę: Helena i Robert, Kasia i ja na kebab do jednej z moich ulubionych restauracji, a potem na jeszcze bardziej tradycyjną fajkę wodną, wieczór spędziliśmy kopcąc nargile i popijając Çay o różnych smakach…

wtorek, 23 grudnia 2008

Konya ve Acı Gölu

20-21 grudnia 2008
Konya
Za namową Kasi właśnie wybraliśmy się do Konyi, w sumie wolałem Trabzon, ale wydawało mi się za daleko aby jechać tam tylko na weekend.

Sobota rano pobudka o 5.30 autobus z Kirikkale o 6.00; przesiadka w Ankarze o 8.30 (podróż na trasie Ankara – Konya, nieciekawa, płasko, szaro i długo…) przed 12.00 dotarliśmy do Konyi. Pierwsze co rzuca się w oczy, to ilość kobiet i dziewcząt w chustach. Z otogaru do centrum dotarliśmy tramwajem. Pierwszym punktem wizyty był obiad, weszliśmy więc do jednej z napotkanych knajp. W menu była jedna pozycja, której jeszcze nie miałem okazji jeść, zamówiłem, jak się okazało to co dostałem to szaszłyk z wątróbki i płucka, naprawdę smaczne. Kasia była mniej odważna i zamówiła po prostu kurczaka. Następnie znaleźliśmy całkiem sympatyczny hotel, za pokój dwuosobowy ze śniadaniem wytargowałem 50 YTL, jak dla mnie to wciąż drogo (porównując to z moim hotelem w Van za 10 YTL).

Nie tracąc czasu wybraliśmy się na zwiedzanie miasta, nieopodal naszego hotelu znajduje się Aziziye Camii, jeden z ciekawszych meczetów jakie do tej pory widziałem. Meczet posiada tylko jedną, centralną kopułę; w środku nie ma filarów, okna są większe niż drzwi, minarety w orientalnym stylu, a portal jest w barokowo-rokokowym stylu. Ciekawa mieszanka.

Aziziye Camii

Wzdłuż Mevlana Caddesi znajduje się dużo zabytków, mniej lub bardziej ciekawych a na jej końcu usytuowany jest symbol Konyi, Mevlana Tekkesi oraz Yeşil Türbe czyli Zielony Grobowiec. Tam właśnie mieści się bardzo ciekawe muzeum derwiszów. Inne ciekawe zabytki Konyi to Alaaddin Camii oraz kilka medres, w których urządzone są teraz muzea.

Yeşil Türbe - Grobowiec Mevlany

Wirujący Derwisz - Symbol Konyi

Wieczorem po kolacji w kebabowym fast-foodzie zdecydowaliśmy się wypić browarka, niestety znalezienie knajpy albo sklepu gdzie można nabyć alkohol w Konyi jest naprawdę niezłym wyczynem...

Acı Gölu

W niedzielę rano zadecydowaliśmy ostatecznie, że jedziemy poza miasto; do wyboru mieliśmy kilka bardzo ciekawych miejsc więc wybór był trudny. Padło na dwa słone kraterowe jeziora,położone nieopodal Karapınar około 100 km od KonyiPonad godzina jazdy autobusem i jesteśmy w Karapınar, pogoda niestety nie sprzyjała zwiedzaniu, deszcz i dość zimno. Jeziorka oddalone są od miasta o kilka ładnych kilometrów; dolmusz – yok, taksi – cok pahali, decydujemy wiec na złapanie stopa, 3-5 minut i już jedziemy w kierunku jezior, oba położone są w odległości kilku kilometrów od siebie ale na tej samej trasie. Na brzegu Acı Gölu unosi się mocny zapach siarki, a woda jest w miarę ciepła i strasznie słona. Dookoła jałowy krajobraz, ale mnie się tu podoba.

Zapach siarki, słona woda i popiołowe podłoże - Acı Gölu

Decydujemy się przemieścić się nad drugie jezioro Mekke Gölu, od drogi głównej oddalone jest znacznie dalej niż jest to napisane na drogowskazie. Spacer uprzyjemnia nam deszcz. Drugie jezioro wygląda znacznie inaczej niż poprzednie. Na środku znajduje się ogromy stożek, (do tej pory nie wiem co to jest, i jak powstał). Niestety jezioro, nie wygląda tak malowniczo jak było przedstawione na broszurce biura informacji turystycznej w Konyi.

Oba jeziorka dzieli odległość kilku kilometrów, które pokonaliśmy łapiąc autostopa.



Częściowo wyschnięte Mekke Gölu, nie wyglądało tak pięknie jak się spodziewaliśmy...

Robimy kilka zdjęć, spędzamy tam niewiele czasu, deszcz nie pozwala na więcej. Mamy sporo szczęścia, bo podwożą nas myśliwi prosto do Karapınar na dworzec, łapiemy busa do Konyi, jest już dość późno a do Kirikkale daleko wiec decydujemy się na powrót…

piątek, 19 grudnia 2008

Okulum çok komik!

14-19 grudnia 2008

Przyszła zima, śniegu ni ma! Czyli zrobiło się zimno, (w nocy do -5ºC, a za dnia od3 do 5ºC) no i Ilyas pierwszy raz w życiu widział lód (zamarznięte kałuże). Rozumiem go bo ja też podniecałem się drzewami mandarynkowymi. Więc jeżeli ktoś nadal myśli, że Turcja to tylko upały i palmy na riwierze to jest w błędzie.

Lekki przymrozek i dachy przyprószone śnieżkiem

Eğitim - edukacja

Salı
Ale teraz trochę o mojej edukacji… Tak więc we wtorek pojawiłem się po trzytygodniowej przerwie na wykładzie po turecku, dr Soner Ozdemir zapytał co u mnie, jak spędziłem Bayram. Po krótkiej rozmowie oznajmił mi że dzisiaj poznamy kolejną metodę nauczania, no i dwie i pół godziny z głowy…

Całkiem przypadkowo na korytarzu spotkałem mojego koordynatora, okazało się, że są niezłe jaja bo jestem zapisany dodatkowo na inny przedmiot ale na wydziale wychowania fizycznego a konkretnie „Sport indywidualny – badminton” i mam ocenę 80/100 punktów! Pyta mnie więc:

- Po co się zapisywałeś na ten przedmiot?
- Nie zapisywałem się na ten przedmiot!

- Kto cię zapisał?

-Zapisałem się na zajęcia prowadzone przez studentów, ale nie do profesora który wystawił mi ocenę!

- Gdzie jest, ten twój… no, no learning… learning…

- Learning Agreement - odpowiadam.
- No tak, learnig… co?
- Learning Agreement.
- Jak sie to nazywa?

- Learning Agreement.

- No to gdzie on jest?

- Kopia w biurze Erasmusa a oryginał ma pan!

Sprawdziliśmy, faktycznie takiego przedmiotu nie ma na moim Learnig Agrement. Profesor Kutlu mówi:
- Musisz iść do Biura Erasmusa i do biura ds. studentów i to wyjaśnić!
- Ale w biurze ds. studentów nikt nie mówi po angielsku!
- To weź swojego współlokatora to ci przetłumaczy!

Postanowiłem pójść do biura Erasmusa po zajęciach z badmintona (tych nieobowiązkowych) i zajęciach z profesorem „Next week”, pytałem go (po turecku) nawet na korytarzu czy mam dzisiaj przyjść, czy sobie darować, oznajmił że mam przyjść o 15.00. Jak się jednak później okazało tłumaczka dzisiaj nie przyszła i zajęć nie będzie!

W biurze Erasmusa niestety nie zastałem pana Orhana, sekretarka oznajmiła mi, że będzie za około godzinę, a że dodatkowo chciała wiedzieć z kim ma przyjemność rozmowy zapytała mnie po angielsku:

- My name is? – wskazując palcem na mnie.
- My name? – zapytałem
- Yes, my name... – wskazując znowu palcem na mnie.
- Andrzej!
- Tamam –odpowiedziała (czyli tureckie OK).

Za godzinę sprawa się wyjaśniła, okazało się, że nie mam czym się martwić i mam zostawić to tak jak jest! Oczywiście pan Orhan jak zwykle próbował mówić do mnie po niemiecku, na szczęście, był tam jeszcze nauczyciel angielskiego który pomagał nam w komunikacji.
Zapadła również, decyzja o dacie mojego powrotu, udało mi się również wytargować kilka dni więcej na piśmie potwierdzającym mój pobyt. Mam nadzieję, że wszystko będzie tak jak mi to obiecali. Insallah!

Çarşamba ve Perşembe

Środa to znowu badminton, potem zajęcia z dr Yoncalik’iem. Zaczęło się od wypicia dwóch herbatek, bo w jego pokoju oprócz mnie było jeszcze kilku studentów. Potem zapytał co chcę robić na zajęciach? Odpowiedziałem że ostatecznie może mi dać książkę do przeczytania, chciał mi dać ponownie tą samą, ale kiedy powiedziałem, że czytałem ją dwa miesiące temu stwierdził: w takim razie jesteś wolny dzisiaj!

Czwartek zajęcia z prof. Kutlu – jak zwykle czytanie ze zrozumieniem, potem on czyta to jeszcze raz, i stara się omawiać. Nagrałem jego english na dyktafon, tak na pamiątkę.

W trakcie trwania mojej „lekcji” 3 osoby odwiedziło jego biuro, skutecznie przeszkadzając mi w nauce! Na koniec stwierdził:

- Dzisiaj podsumowaliśmy wszystko, to co mieliśmy do omówienia, widzę że rozumiesz o co chodzi w nauczaniu sportu dzieci niepełnosprawnych. Te zajęcia są ostatnie, ale zawsze możesz przyjść do mojego biura, napijemy się herbaty!

Noel geliyorsun

W trakcie tego tygodnia planowaliśmy razem z ekipą polaków Wigilię, kto co przygotowuje.
Najbardziej podoba mi się pomysł Roberta aby ugotować barszcz z dodatkiem salgamu!

Jak się również okazało, polska kolonia w Kirikkale powiększyła się o jedną osobę. Kasia jest z Olsztyna, przyjechała tu sama, ale prawie miesiąc później niż my, jakaś zawiła historia z jej pobytem tutaj ale perypetie takie same!
Dodatkowo po Bayram’ie na ulicach Kirikkale pojawiły się nowe widoki:

"Kup pan skórkę" czyli co zostało po owieczkach...
Sucuk - taka kiełbasa turecka

czwartek, 18 grudnia 2008

Adana ve Kurban Bayram

2-14 grudnia 2008

Adana przywitała nas ciepłem i słoneczną pogodą. Naprawdę miło jest czuć 20ºC na początku grudnia! To nawet dużo cieplej niż w Kirikkale, gdzie zima zaczęła zbliżać się dużymi krokami. Do rozpoczęcia Bayram’u było jeszcze sporo czasu, a przyjechaliśmy tak wcześnie bo nie udało się Ilyasowi kupić biletów na inne dni, wszystkie były wyprzedane. Oczywiście przez rodzinę Ilyasa byłem przywitany bardzo serdecznie, bardzo cieszyli się, że znowu tu przyjechałem.

Czas w Adanie płynął dość wolno, czasami aż za wolno, więc trochę się nudziłem ale rozumiałem też Ilyasa, że chce spędzić trochę czasu z rodziną, a że rodzinę ma dużą, to tego czasu wyszło sporo. Jedną z większych atrakcji były dla mnie wyjazdy do mandarynkowo-pomarańczowego sadu, słodkie mandarynki prosto z drzewa w nieograniczonych ilościach!

Z resztą co wieczór ojciec Ilyasa przygotowywał wielki talerz owoców: mandarynki, pomarańcze, jabłka, banany z Annamuru i jeszcze jeden owoc, który poprzednio mi nie smakował (bo był niedojrzały) po turecku to jest hurma, niestety na razie nie znam odpowiednika polskiego.

Polskie akcenty...

Mersin

Planowaliśmy wypad dwudniowy do Hatay i Antiochii, niestety z powodu zbliżającego się Bajramu wszystkie bilety były wyprzedane. Niestety Ilyas nie był tak zdeterminowany jak ja i nie szukał innych możliwości wyjazdu, a takowe na pewno były. Ale stwierdziłem, że nie będę naciskał, skoro mnie zaprosił do siebie, nie będę sam się wybierał. Zamiast wspominanej Antiochii wybraliśmy się do pobliskiego Mersin i Tarsu. Mersin to na mój gust nieciekawe miasto portowe, (byliśmy tu poprzednio kiedy jechaliśmy do Kiz Kalesi). Nieopodal dworca znajduje się kościół rzymsko-katolicki, do którego weszliśmy z ciekawości Ilyasa bo nigdy nie był w kościele. Ja natomiast zobaczyłem coś co mnie bardzo zainteresowało, mianowicie na ścianie znalazłem obraz, który jak się okazało z rozmowy z (chyba) kościelnym, przywieźli polscy żołnierze podczas II wojny światowej, ale nie do końca znał całą historię… Ilyas po rozmowie z nim powiedział, że w tym tygodniu to miejsce ma również odwiedzić polski papież, ale wytłumaczyłem mu, że pewnie chodzi o jakiegoś biskupa.
"Królowo Korony Polskiej Módl Się Za Nami"
Do tego kościoła "przyjeżdża polski Papież..."

Pokręciliśmy się jeszcze trochę po mieście, a raczej w okolicach nabrzeża. Podobało mi się centrum kulturalno-konferencyjne, nic ciekawego więcej niestety nie zobaczyliśmy i wsiedliśmy w pociąg do Tarsu.


Kültur ve Konerans Merkezi - Mersin
Tarsus

Jak wyczytałem w moim przewodniku, miasto obfituje w wiele zabytków, niestety większość nie ma nic wspólnego z nadanymi im nazwami. I tak Brama Kleopatry, czy studnia św. Pawła pochodzą z innych okresów niż owe postacie. Pomiędzy zabytkowymi domami Tarsu ukazał się kolejny znajomy widok, tutaj ten cud techniki nazwany jest po prostu „BIS”. Dość ciekawy chociaż bardzo mały okazał się fragment drogi rzymskiej, odkryty podczas prac wykopaliskowych w centrum miasta. W okolicy Tarsu znajduje się też podobno ładny wodospad, ale wrażenie robi tylko wiosną, więc odpuściliśmy sobie tą atrakcję…

Polsko-Włoska myśl techniczna na ulicach starożytnego Tarsu.

Studnia św. Pawła... podobno :)

Kurbam Bayram

Cały Kurbam Bayram to święto ofiarowania, wyobrażałem sobie, że krew popłynie strumieniami ale było całkiem znośnie, tylko w okolicach zakładów rzeźnika było nieciekawie (zdjęć nie będzie). Poza tym to czas odwiedzin rodziny, znajomych i sąsiadów. Czasami te odwiedziny wyglądały dość śmiesznie, ponieważ ktoś wpadał na dziesięć minut (zazwyczaj sąsiedzi) a jak pojawiał się ktoś nowy, poprzedni goście opuszczali mieszkanie.

Bardzo miła natomiast była rodzinna kolacja w domu jednego z wujków Ilyasa, zebrało się na niej prawie trzydziestu członków rodziny, pyszne jedzenie, miła atmosfera, raki i śpiewy. Zupełnie jak nasze święta!

Rakı, beyaz peynir ve meyve w męskim gronie.

Kolejne dni to spotkania ze znajomymi, wycieczki na miasto, byłem nawet w kinie, na tureckiej komedii AROG, niewiele zrozumiałem, ale było kilka śmiesznych momentów. A najśmieszniejsza była przerwa w trakcie projekcji, nie wiem na co? Papierosa, siku??

Oczywiście odwiedziliśmy fryzjera, tym razem spędziliśmy tak chyba cały wieczór. Tym razem jednak nie dałem się depilować woskiem… A byliśmy tam tak długo bo fryzjer w Turcji to nie tylko miejsce usługowe, ale miejsce spotkań, kawiarnia, palarnia no i jeszcze bufet. Erkan Abi zadawał mi wiele pytań jak wygląda zakład fryzjerski w Polsce, kiedy mu powiedziałem, że w naszym kraju nie ma pomocnika - chłopca (takiego, który zamiata, przynosi ręczniki, podaje narzędzia) był bardzo zdziwiony. Ale kiedy dowiedział się, że w zakładach fryzjerskich w zdecydowanej większości pracują kobiety zawołał tylko: „Allah, Allah!”

Pobyt w Adanie będę wspominał bardzo miło, gościnność rodziny Ilyasa, mandarynki no i Adana Kebap, no i już smakuje mi Şalgam!

Do Kirikkale wracaliśmy już autobusem przez Ankarę, podróż umilały mi widoki na ośnieżone góry Taurus, a gdy już z powodu ciemna za oknem nie było co oglądać, rzewne tureckie piosenki o miłości na przemian z tureckim pop’em…

w słuchawkach tylko: "seni seviyorum..."

Wróciliśmy w piątek w nocy, a w akademiku niemiła niespodzianka: ogrzewanie wyłączone, brak ciepłej wody i Internetu i tak prze cały weekend. Sikmek!!!



czwartek, 4 grudnia 2008

Kirikkale'de internet yok...

26 listopada - 1 grudnia 2008

W środę nie pospałem zbyt długo (tylko do 11.00), ponieważ chciałem pójść na badmintona, zajęcia mam tylko dwa razy w tygodniu (wtorki i środy o 12.00). Tego dnia to nawet nie miałem ochoty iść na wydział, i tak wiedziałem co bym usłyszał, jeżeli bym spotkał mojego wykładowcę… Prosto z uczelni jedziemy z Ilyas’em na policję, w końcu mogę odebrać swoje pozwolenie na pobyt – Ikamet. Myślałem, że policjant pracujący w biurze ds. zagranicznych, (czy jakoś tak się to nazywa) doprowadzi mnie do szału, myślę że baba sprzedająca zieleninę na straganie przed komisariatem wykazałaby się większą kompetencją… Kolejne moje ulubione miejsce: poczta, wielki problem z odpowiedzią na pytanie ile kosztuje wysłanie paczki do Polski, no i na deser TCDD czyli koleje tureckie! Nasze PKP to naprawdę solidna firma!

W Turcji bilety na pociąg są imienne :)

Popołudnie spędziłem na porządkowaniu zdjęć z wypadu, trochę się ich nazbierało.

W czwartek wybieramy się wczesnym przedpołudniem do miasta, jeszcze raz poczta, tym razem udaje się wysłać to co chciałem, ale ile to nerwów kosztowało… Zjadamy Çiğ köfte, znaleźliśmy bardzo fajną knajpkę gidze dają najsmaczniejsze w mieście. Do tego świeża sałatka, cytryna, natka pietruszki i sos z granatów, mniam!!

Po południu jadę na uczelnię, spotykam prof. Kutlu, ale ten już opuszcza swój pokój i uczelnię, co prawda, spóźniłem się kilkanaście minut od wyznaczonej godziny. Chce spotkać się za tydzień, żeby jak to powiedział podsumować to co omówiliśmy (czyli kilka stron z książki), a raczej mojego czytania ze zrozumieniem. Wyjaśniam mu, że tydzień przed rozpoczęciem Bajramu jadę do Adany, bo zostałem zaproszony na święta. Więc usłyszałem „So see you after bayram, iyi bayramlar!” W skrócie do zobaczenia za dwa tygodnie!

W piątek ciekawy obrazek ukazał się za oknem mojego pokoju.

Widać, że zbliża się Kurbam Bayram, czyli święto ofiarowania, chyba nie muszę pisać co stanie się z tymi owieczkami i kozami…

Jeżeli chodzi o barany, to muszę powiedzieć, że moi sąsiedzi z pokojów obok to prawdziwe barany. Cierpię przez nich na bezsenność, nie wiem co tam wyrabiają w swoich pokojach ale jest dość głośno, poza tym ganiają się w nocy po korytarzach akademika, jak w podstawówce. Poza tym robią straszny syf na korytarzach… wszędzie pełno petów, pestek no i plastikowych kubków po herbacie… Ilyas określa ich mianem „kıro” czyli na polski „burak, palant”

W sobotę uczciliśmy Andrzejki wypijając browarek, taka impreza... istne szaleństwo!! Przynajmniej nie przy herbatce.

Niedziela to kolejna przejażdżka do Ankary, Ilyas wybierał się na jakiś koncert metalowy ze znajomą, bardzo mnie zachęcali żebym poszedł z nimi, niestety to nie moje klimaty…

Wybrałem się do Muzeum Cywilizacji Anatolijskich (jak znalazłem informację w swoim przewodniku, że jest to jedno z najciekawszych muzeów archeologicznych na świecie) niestety nie było mi dane wejść do środka, po prostu pojechałem tam za późno, była godzina przed zamknięciem. Muzeum jest nieopodal Ankara Kalesi, pokręciłem się po okolicy, szczególnie ciekawa jest Miedziana Aleja, (opisana również w przewodniku) pełna odrestaurowanych domów osmańskich, w których urządzono restauracyjki i sklepy z pamiątkami. Znalazłem tam bardzo fajną i tanią nargile, (następnym razem będzie moja).
Znalazłem też ciekawy meczet z XIII wieku, zbudowany przy wykorzystaniu elementów rzymskich budowli. Ciekawy był drewniany sufit, podtrzymywany przez kolumny, które miały różne kapitele.


Aslanhane Camii z XIII w.

Wieczorem byłem umówiony z dziewczyną z polski (studiuje w Ankarze na Erasmusie) na piwo, jednak jak mi napisała później smsa, zapomniała o egzaminie i się uczy…

Wróciłem wiec sam do Kirikkale bo koncert jeszcze się nie skończył. Ilyas wrócił w nocy strasznie zadowolony bo wygrał konkurs perkusistów i w nagrodę dostał karnet do studia muzycznego i bilet na koncert Anathemy! Przynajmniej jemu dzień się udał!

Poniedziałek pobudka grubo po południu, czekamy na nocny pociąg do Adany a ten dopiero o 22.00… a potem jeszcze tylko dwanaście godzin.

P.S. dziękuję za imieninowe życzenia!!

czwartek, 27 listopada 2008

Doğu ve Guneydoğu Anadolu

19-25 listopada 2008

Ten tydzień to okres sesji międzysemestralnej wiec zajęcia są odwołane, ale mi nie robi to
żadnej różnicy, przecież i tak nie mam zajęć… we wtorek tylko badminton i czekam na wyjazd!

No i oczekiwany dzień nadszedł, rano autobus do Ankary na dworzec ASTI, tam przesiadka na autobus na lotnisko Esenboga, udało mi się znaleźć tańszy transport tylko (3,4 YTL a nie 10YTL) na lotnisko niż za pierwszym razem kiedy tu przyleciałem. Czterdzieści kilka minut otobusem i szybko na odprawę no i do samolotu. Ciekawe było lądowanie na lotnisku w Van, ponieważ samo lotnisko usytuowane jest na brzegu jeziora o takiej samej nazwie jak miasto. To jezioro to największy akwen śródlądowy Turcji, a zarazem jedno z najwyżej położonych jezior (1646m.n.pm.). Przez miejscowych nazywane jest morzem, faktycznie jest ogromne. Samolot wylądował o 15.20 zanim odebrałem bagaż była 16.00 i zrobiło się już dość ciemno. Znalazłem dolmusz do centrum miasta, wysiadłem w centrum. Bez większych problemów znalazłem tani, naprawdę tani nocleg. 10 YTL za noc, standard podobnie jak cena - również niski… Zostawiłem tam tylko plecak i wyruszyłem na poszukiwanie informacji turystycznej, jak się okazało tego wieczoru już była zamknięta. Poszedłem wiec do biura firmy autobusowej zapytać o połączenia do okolicznych miejscowości. Jeden z pracowników wykonał jeden telefon i za kilka minut pojawił się w biurze właściciel jednego z hoteli, w których pytałem o nocleg. Pan Bayram okazał się źródłem wiedzy, poza tym był bardzo miłym gościem, zaprosił mnie do hotelu na herbatkę podarował mi również broszury o atrakcjach Van. Wieczorem jeszcze tylko coś na ząb (tym razem nowe danie – tantuni, smażone mięso wołowe zawinięte w placek z dobrymi przyprawami) i kładę się spać dość wcześnie.

İsak Paşa Sarayı

Pobudka około 6.00 aby złapać pierwszy dolmusz do Doğubeyazit, dzięki wskazówkom pana Bayram’a bez problemów znajduję stację, a raczej miejsce z którego odjeżdżają. Jedyna niezgodność to godzina (odjazd był pół godziny póżniej niż powinien) i kosztował15 YTL, . Po drodze, w górach mijamy dwie rogatki wojskowe, kontrola dokumentów, czasami również samochodu i jedziemy dalej. Ponad dwie godziny jazdy i jestem 180 km od Van przy granicy z Iranem! Miasteczko Doğubeyazit to niewielka miejscowość położona u stóp góry Ararat (5137 m.n.p.m.). Bez problemów znajduję również dolmusz, który jedzie w kierunku İşak Paşa Sarayı, gorzej już było ze znalezieniem kierowcy…W oczekiwaniu na kierowcę korzystam z zaproszenia starego Kurda na herbatę. Kiedy już znajduje się kierowca okazuje się, że dolmusz szybko nie odjedzie bo nie ma chętnych pasażerów… Płacę wiec 10 YTL kierowcy (taksówka była by dorższa) i zawozi mnie na miejsce. Spędzam ponad dwie godziny chodząc po pałacu i okolicznych górkach, niestety pogoda tego dnia nie jest sprzyjająca, zaczyna padać deszcz.
İsak Paşa Sarayı, dziedziniec wewnętrzny

Pałac widziany z góry

Wracamy do miasteczka. Spotykam tam właściciela biura turystycznego, Murata bardzo zachęca mnie pozostania w Doğubeyazit na noc, oferuje też tani nocleg, twierdzi że bardzo lubi polaków, pokazuje mi zdjęcia a także wizytówki ludzi którzy korzystali z jego usług. To wszystko oczywiście przy szklance herbaty. Zjadam obiad w lokancie i czas zbierać się do powrotu. Ostatni dolmusz do Van odjeżdża o 14.30.Powrót trwa trochę dłużej ze względu na kontrole wojskowe, a także ze względu na padający śnieg w górach.

Wieczorem spotykam się z Hasim’em, chłopakiem z którym umówiłem się poprzez Hospitality Club, a także z jego znajomymi Davidem (anglikiem, który mieszka od kilku lat w Turcji) oraz Turkiem (nauczycielem angielskiego) niestety jego imienia nie pamiętam. Chłopaki przygotowali kolację oraz baklavę; spędzamy sympatyczny wieczór na międzynarodowej pogadance.

Hosap Kalesi, Van Kale, Van Golu,


Drugi dzień to wyprawa w innym kierunku, tym razem nieco bliżej, bo do oddalonego o 60 km Guzelsu. Zamek Hoşap Kalesi wybudowany jest na wielkiej skale z oddali wygląda złowieszczo, z bliska również wygląda ponuro. Zamek jest zamknięty dla zwiedzających jednak jak się okazuje mam szczęście bo ogromne metalowe drzwi są na tyle uchylone, że udaje mi się przecisnąć do środka. Niestety plecak muszę zostawić przed drzwiami. Zamek robi wielkie wrażenie, tym bardziej że jestem sam w zamku. Po zwiedzaniu ruin wybieram się aby obejść pozostałości murów zewnętrznych twierdzy. Podobnie jak dnia poprzedniego udałem się do miejscowej lokanty, tym razem miejsce nie wygląda najlepiej, lecz byłem tak głodny, że zjadłem obiad, tym bardziej że jest to jedyna lokanta w wiosce. Oczekując na dolmusz lub autobus powrotny do Van okazuję się atrakcją dla dzieciaków z pobliskiej szkoły.




"Guzelsu - dobra woda"

Wejście do Hosap Kalesi

Mury zewnętrznego zamku

Hosap w pełnej okazałości

"Hello, hello what's your name?"

Po powrocie do Van udaję się ponownie do mojego hotelu, zostawiam plecak i nie tracąc czasu wybieram się aby zwiedzić ruiny kolejnego zamku, tym razem Van Kale. To również ogromna skała (1,8 km długości i ponad 80 m wysokości)położona nad samym brzegiem jeziora Van. Z jej szczytu rozpościera się piękny widok na miasto oraz na jezioro. W dole widać tylko ruiny starego Van, dwa fundamenty starych minaretów, oraz dwa dobrze zachowane meczety, reszta zrównana jest z ziemią. Znowu pada deszcz więc wracam do miasta.

Kupuję bilet na nocny autobus do oddalonego o ponad 400 km Diyarbakır. Zmieniłem trochę moje pierwotne plany, chciałem odwiedzić wyspę Akdamar z jej słynnym ormiańskim kościołem ale ze względu na pogodę i okres, w którym znalazłem się w Van mogło by być trudne i kosztowne znalezienie transportu na Akdamar… Wieczór spędzam więc w hotelu, staram się rozmawiać z dwoma Turkami, jestem sam zaskoczony bo już bez problemów potrafię odpowiadać na proste pytania w języku tureckim!

W nocy o 23.00 pakuję się do autobusu do Diyarbakır, na miejscu będę o 6.30 ta noc będzie dość długa…

Mardin

Autobus na miejsce dojechał dość punktualnie, w nocy była jedna kontrola żandarmerii, wszyscy mężczyźni musieli wysiąść z autobusu, wylegitymować się, sprawdzane były także bagaże wszystkich pasażerów. Poza tym dość spokojnie minęła mi podróż, może pomijając darmową saunę, ogrzewanie było chyba ustawione na maksymalną temperaturę…

W Diyarbakır na dworcu autobusowym przesiadka do dolmusza do Mardin, kolejne dwie godziny i jestem na miejscu. Tutaj z większymi problemami znajduję hotel, już nie tak tani jak w Van, bo za 20 YTL. Zostawiam plecak i od razu wybieram się na zwiedzanie miasta. Mardin to stare miasto i zarazem jedno z najbardziej arabskich miast w Turcji, (wiele osób chodzi w chustach i typowych spodniach z opuszczonym nisko krokiem, no i oczywiście rozmawiają po arabsku). Usytuowane jest u podnóża góry, na szczycie której znajduje się Mardin Kalesi, niestety zamknięte dla zwiedzających, od południowej strony rozciągają się równiny Syrii, do granicy jest ok. 20 km. Sam spacer wąskim uliczkami pomiędzy domami Mardin jest ciekawy, nie wiadomo co znajdziesz za następnym rogiem, meczet, kościół, bazar, hamam czy wysypisko śmieci…

Miasto obfituje w wiele zabytków, niektóre pochodzą nawet z X w. Mimo tego, że obchodzę miasto wzdłuż i wszerz nie udaje mi się zwiedzić albo znaleźć wszystkich. W jednej z restauracji gdzie jem obiad właściciel zachęca mnie do tego abym odwiedził pobliskie miasteczko Midyat i wioskę Hasankeyf nad brzegiem Eufratu. (jak się później okazuje to był dobry wybór!). Wieczorem natomiast wybieram się do hamamu, by zażyć kąpieli w tureckiej łaźni, poddaje się wszelkim zabiegom mycia i szorowania ciała, zdecydowanie polecam!
Tego dnia kładę się spać dość wcześnie, rano znowu wczesna pobudka…

Midyat

Midyat oddalone jest od Mardin około 60 km, oba miasta wyglądają bardzo podobnie wszystko zbudowane jest z kamienia w kolorze ochry. Midyat to ośrodek syryjskich chrześcijan, dlatego w starym mieście więcej jest kościołów niż meczetów! Zwiedzanie Midyat przychodzi mi znacznie łatwiej bo mam przewodnika! Kilkuletni sepleniący chłopiec powtarza tylko „gel, gel!” co znaczy „chodź, chodź” ale za to pokazuje mi wejścia do kościołów oraz odrestaurowany dom, z którego dachu rozpościera się ładny widok na miasteczko. Zaprowadza mnie też do jednego z monastyrów, ale ten niestety jest zamknięty. Daję mu w podziękowaniu jakieś drobne, co sprawia mu wielką radość.
Mój przewodnik po Midyat

Hasankeyf

Wracam szybko na stację i łapię dolmusz do Hasankeyf. Kolejne 50-60 km i jestem na miejscu, naprawdę warto było przyjechać tutaj dla tych widoków, skała na której znajdują się ruiny miasta i zamku, a w dole rzeka Eufrat! Dodatkowo trafia mi się tutaj piękna pogoda!



Swojski widok :)
Şanliurfa, Diyarbakır

Czas wracać niestety do Mardin aby złapać jakiś autobus jadący do Şanliurfy, jadę tam aby spotkać się z Cemal’em Turkiem, którego poznałem dwa miesiące wcześniej będąc na wycieczce z Kapadocji. Wypalamy razem fajeczkę (naprawdę w tym mieście mają super nargile, do tego za jedyne 5 YTL!), spędzamy sporo czasu na rozmowie, o mało nie przegapiamy ostatniego autobusu do domu Cemal’a.

Tym razem kładę się spać dość późno i dość późno wstajemy, Cemal przygotowuje śniadanie, potem odprowadza mnie na przystanek, sam jedzie na uczelnie bo ma egzaminy. Kręcę się trochę w okolicach Balıklı göl, czyli tego jeziorka w którym jest mnóstwo ryb. Udaję się na otogar i wsiadam w pierwszy autobus do Diyarbakır. Po trzech godzinach jazdy jestem na miejscu, znajduję dolmusz do centrum, dzwonię do Ozkan’a, kolejnego gościa z Hospitality Club, po kilkunastu minutach przyjeżdża na umówione miejsce i zabiera mnie na kolację. Jak się okazuje Ozkan jest wydziałowym koordynatorem Erasmusa na Dicle University Diyarbakır. Wieczorem przejażdżka po starym mieście, Ozkan podobnie jak Cemal przestrzega mnie przed wybieraniem się samodzielnie w nocy na zwiedzanie miasta (faktycznie okolica nie wydaje się najciekawsza). Jedziemy do domu Ozkan’a pomagam mu wyszukać polskie uczelnie które mają wydziały stomatologii, ponieważ chce nawiązać współpracę z polskimi uczelniami. Rano podwozi mnie do starego miasta, mam cały dzień na zwiedzanie.



Diyarbakır to zupełnie inne miasto niż wszystkie, które do tej pory odwiedziłem. 90 procent jego mieszkańców to Kurdowie, miasto otoczone jest ogromnymi murami miejskimi o łącznej długości 5,5 km, mury są wysokie na 10-12 i grube na 3-5 metrów. Oczywiście wiele tutaj zabytków, ale podobnie jak w Mardin czy Midyat trzeba się trochę nachodzić by je odnaleźć w plątaninie wąskich uliczek. Największe wrażenie robią oczywiście mury miejskie, a także ruiny kościołów ormiańskich. Z jednej z wież obronnych rozciąga się widok na slumsy Ben-u-Sen. Większość starego miasta to nieciekawa okolica, ale prawdziwy slums jest za murami miasta.
Ruiny jednego z wielu ormiańskich kościołów w mieście.
Kolejny zniszczony kościół
Ozkan, koordynator Erasmusa z Dicle University

Po południu spotykam się ponownie z Ozkan’em, idziemy ponowie coś zjeść pogadać, po wszystkim odwozi mnie na lotnisko. Jeszcze tylko kilka godzin i będę znowu w Kirikkale, tym razem wracam tam z większą ochotą po tygodniu spędzonym na wschodzie!